Feniks

Posted in 1 on 2011/09/24 by lukigol kontramundo

Republika w trakcie odbudowy. Nowa stolica.

Kiepsko

Posted in 1 on 2011/03/16 by lukigol kontramundo

Republika bliska zawalenia. Być może to ostatni wpis. Złe ostatnie miesiące.

Śnieg

Posted in 1 on 2010/12/03 by lukigol kontramundo

Polacy to frustraci. Są zasadniczo trzy obiekty zmasowanych pretensji tego smutnego ludu: politycy(o nich ani słowa, bo nie warto), Polski Związek Pilki Nożnej (lub zamiennie: forma i wyniki polskich piłkarzy) i Służby Odśnieżania Miasta. I proszę zauważyć, że te dwa ostatnie się nawet zazębiają w cyklu pogodowym, że tak powiem. Kończy się sezon piłkarski i biadolenie – zaczyna się śnieg i biadolenie. Musi być ciągłość.

Przecież niedopuszczalnym jest, żeby w zimie pługo-piaskarki śmiały nie nadążać ze swoją robotą. Bo to wygląda tak: zaczyna ostro padać, dajmy na to, o 7 rano. Robią się gigantyczne korki, żadna odśnieżarka za chuja się nie przeciśnie. Ok 10 rano w telewizjach informacyjnych pojawiają się pierwsze wypowiedzi oburzonych kierowców zakończone nieśmiertelnym ”drogowców znowu zaskoczyła zima”. Media mają tzw 1-nkę, Polacy mają gdzie wyładować frustracje i życie w kraju się kręci. A największym skandalem jest to, że służby nie wyłapują tego śniegu jeszcze zanim dotknie ziemi.

Reprezentacja absurdów

Posted in 1 tagi , , , , on 2010/10/27 by lukigol kontramundo

Ręce opadają. To co Franz Smuda wygaduje, to zaczyna być po prostu kabaret. Tak jak cała zbieranina tych grajcarów, którzy grają piach, przegrywają (w porywach remisują) od pół roku regularnie co cztery tygodnie. Zgadzam się, że wyliczanie meczów bez zwycięstwa jest bez sensu. Bo gdyby w ostatnim jakoś udało się wepchnąć trzecią bramkę, to co by to zmienilo? NIC. Ostatnio zbawca polskiej piłki Franz uznał, że ma już dziewięciu pewniaków na EURO. Po siedmiu meczach bez zwycięstwa, a niektórych zagranych tak, że płakać się powinno, a właściwie to przepraszać. Na ostatnie tygodniowe turnee po Ameryce (przypominam: przygotowania do mistrzostw EUROPY) pojechał najlepszy strzelec ligowy Andrzej Niedzielan i jeszcze czterech, których wcześniej selekcjoner nie powoływał. I Niedzielan zagrał w dwóch meczach w sumie chyba siedem minut, a reszta nie weszła wcale. Przecież to jest jawny idiotyzm.

Z Niedzielanem to jeszcze było tak, że Smuda powiedział, że po dwóch dobrych meczach nikogo nie będzie powoływał. A tydzień pozniej po dwóch dobrych meczach powołał Smolarka. Boruc miał nie grać bo się spasł – zagrał chociaż nie schudł. Przy czym przez osiem miesięcy w kadrze zagrało chyba ośmiu bramkarzy, jakby selekcja na to „stanowisko” miała jakiekolwiek znaczenie dla stylu gry reprezentacji. Nie ma obrony, nie ma kręgosłupu drużyny, nie ma kapitana, nie ma rozgrywającego. Nic nie ma i nic nie będzie jak mówił Kononowicz. Będą za to trzy mecze na EURO 2012 i kolejna narodowa dyskusja o następcy Smudy i o tym jak to źle się szkoli polską młodzież, a Szpakowski w 75 minucie ostatniego spotkania grupowego Polaków zacznie postulować o zmniejszenie ligi.

P.S. Jeszcze o trenerze siatkarzy Castellanim dwa słowa. Facet nam zrobił mistrzostwo Europy, zagrał jeden mecz zły na Mundialu (Brazylii nie liczę, z nimi wolno nie mieć dnia) i go zwolnili z pracy esemesowo. Co śmieszniejsze chcą odmładzać, zmieniać, wyrzucać, szukać winnych, analizować. Po jednym fatalnym meczu. Pusty śmiech.

Farma nad morzem

Posted in 1 tagi , , , , on 2010/08/24 by lukigol kontramundo

Droga z Albeny do Kavarny przez pierwsze kilkanaście kilometrów biegnie wzdłuż linii brzegowej. Jest przejezdna, ale bywają fragmenty, gdzie na jedynce mijasz dziury i wyrwy w asfalcie. Zwlaszcza w Topoli i Bozhuretsu tuż za Balczikiem. Dziura po bułgarsku to dupka. Czyli fragmenty do dupy. Ale ma to swój urok, bo jako pasażer masz możliwość dłuższego przyjrzenia się tym mini miasteczkom przypominających nieco nasze post PGR-y. Przy drogach ruiny dawnych pawilonów, opustoszałe, do połowy zburzone dawne sklepy i dzieciaki bawiące na gruzach. Takie rzeczy też widziałem na 15 kilometrze za Sofią a więc 500 km od Morza Czarnego.

Na tę 40 kilometrową jazdę skusiła mnie jedyna w Bułgarii farma małży i restauracja położona tuż przy niej. Miejsce nazywa się Dilvoka. Dla mnie jedzenie mojego przysmaku widząc przez taras oddaloną 500 metrów od brzegu  platformę pod którą jest hodowany, to kulinarny, kurwa, raj. NIEMROŻONE TYGODNIAMI PRZED PODANIEM OWOCE MORZA!

Żeby tam dotrzeć trzeba przejechać przez Kavarnę, bo restauracja znajduje się niejako na peryferiach tego miasteczka w którym w mini centrumku stoją wyjebane bloki mieszkalne z wielkiej płyty nad samym stromym brzegiem morza ozdobione obowiązkowo w klimę w każdym mieszkaniu. I zdziwko: na bocznej fasadzie pierwszego z nich … wielki na 30 metrów malunek KLAUSA MEINE ze Scorpions. A później Hendrix na następnym. I jeszcze paru. Lokalny festiwal muzyki metalowej w Kavarnie do końca mi tego jednak nie uzasadnia…Ale widok pamiętny już do końca chyba.

No wiec mijasz wieżowce i jedziesz jeszcze parę kilometrów. Jak miniesz kierunkowskaz w prawo to się pogubisz. O nawigacji lepiej zapomnieć. Nie doprowadzi. Nawet w necie ciężko coś o nich znaleźć, choć podobno przyjeżdżają tu smakosze owoców morza z całej Bułgarii  i nie tylko. Dajesz w prawo i jedziesz przez kilometr wąskim asfaltem w stronę brzegu. Poźniej droga robi się wąska i stroma jak cholera. Jedziemy kilkanaście metrów grzejąc na maksa hamulce. Nagle pojawia się dwóch gliniarzy w cywilu, wyciągają blachy. Każą zatrzymać się 5 metrów dalej, obok innego samochodu. Zjazd do samej restauracji teraz jest niemożliwy, bo jest za dużo samochodów, a na ostatnim odcinku jest tak wąsko, że nie da się minąć, ktoś musi cofać i jest elektrycznie. Ale i tak mieliśmy od tego mini parkingu w połowie dróżki jakieś 100 metrów do restauracji. Yes!

Nie zawiodłem się. Wszystko tak jak miało być. Widoczek na farmę, stoliki bezpośrednio nad niskim skalnym wybrzeżem, ładne kelnerki i dobra szama. Próbowałem łącznie 7 głównych dań. Wszystko genialne. I TANIE! A PRZEDE WSZYSTKIM ŚWIEŻE!

media, media, media…

Posted in 1 on 2010/04/26 by lukigol kontramundo

Wracam jeszcze do wydarzeń dni ostatnich. I tej egzaltacji. Jest teraz taki okres, w którym można ocenić naszą podatność na wpływ mediów. Temat histerii poruszyłem już poniżej, zdaje się, w trzecim dniu po wypadku. Tak do ciężkiej cholery, po WYPADKU a nie KATASTROFIE NARODOWEJ, DRUGIM KATYNIU, ŚMIERCI POLSKI. Żeby była jasność w temacie, nie zamierzam nikogo obrażać i wyśmiewać. Nawet z politykami nie chcę mi się specialnie jechać. Ale śmiać mi się chce z tego, o czym media, niestety te tzw. lepsze też, chcą mnie przekonać. Dowiaduję się na przykład, już któryś dzień z rzędu, jakim to wielkim pasjonatem i znawcą sportu był Lech Kaczyński. Jak to znał wyniki sprzed pół roku Justyny Kowalczyk, jak to świetnie się czuł w towarzystwie sportowców.

Otóż, pan Lech nie miał żadnego pojęcia o sporcie, do tego stopnia, że nie umiał nawet poprawnie wymienić nazwiska naszego najpopularniejszego od lat bramkarza, którego nazwisko zna każde dziecko, ba, nawet wiele kobiet w kraju. Wiedział tylko tyle, ile mu zdążyli na szybko podszepnąć ludzie z otoczenia.

Ktoś dziś wspominał doskonały styl ubierania (what??? było coś z butami brudnymi kiedyś przecież!) prezydenta i jego niespotykaną szarmancję. Była faktycznie niespotykana, zwłaszcza jak ciągnął sobie do całowania dłonie kobiet. Bo pochylić się i ucałować to już za duży wysiłek. Ale był szarmancki. A jakim był gentelmenem jak zaczął się śmiać z gadającego po angielsku Donalda na oficjalnym spotkaniu z Angelą bodaj. Ale o tym nikt nie mówi teraz. Teraz jest czas kadzenia.

Nie rozumiem też dlaczego media przekonują, że teraz trzeba się uderzyć w pierś za to, że się wcześniej z Kaczyńskiego śmiano. Bo niby co? Co to ma ze sobą wspólnego? Czy komuś tu za bardzo nie odpierdala? Proponuję tym wszystkim, którzy tak myślą wrzucić sobie do YT jedno hasło: „irasiad”.  A może teraz powinno się irasiada usunąć, co?

Powinienem jeszcze poruszyć temat sztucznie płaczącej red. Olejnik na 5 dzień od tragedii, porywającego wywiadu red. Adamek z facetem, który dzierżawił dom przylegający do pałacu prezydenckiego, wykrzywione grymasem bezbrzeżnego nieszczęscia miny red. Brygidy G. i  Jakuba P. w dzień pogrzebu i jeszcze paru osób, ale nie wiem czy mi się chce. Ich cyrk, ich małpy. Żałuję trochę, że nie oglądałem w dniach wielkiego smutku Pospieszalskiego bo słyszałem, że to co ten oszołom wyprawiał przechodziło wszystkie granice. Ale kij mu w oko.

Cała ta żałoba została przegadana w sposób koncertowy. Wszystko się wszystkim pomyliło, wszyscy nagle wybitni, propaganda sukcesu jak za Bieruta. Bombardowano ludzi milionem nieistotnych informacji mających na celu podbić jeszcze ten bębenek i udowodnić jak straszliwe i tragiczne nieszczęście się stało. Żeby dobić. Knock-out. A na tych, którzy mówią coś o bohaterskiej i męczeńskiej śmierci Kaczyńskiego spuszczam jak pan łaskawy zasłonę milczenia. W zasadzie to chyba wszystko.

P.S.  Z tego co słychać tu i ówdzie, same media uważają, że spisały się świetnie w tym czasie i prześcigają się w autozachwytach. No jaja.

8:56

Posted in 1 on 2010/04/13 by lukigol kontramundo

Jestem przeciwko egzaltowaniu. Jak aktor to wybitny, jak prezydent to mąż stanu, jak urzędnik to wzór cnót. I ci dziennikarze silący się na jakieś analizy psychologiczne, koniecznie chcący udowodnić, że my wszyscy, naród, mamy wyciągnąć lekcję z tego dramatu. Żeby nie lądować we mgle? No nie da się tego pieprzenia słuchać.

Domosławski – NON FICTION

Posted in 1 tagi , , , , , on 2010/04/06 by lukigol kontramundo

Jak Polska długa i szeroka toczy się dyskusja o książce Domosławskiego. Dziadek Bartoszewski powiedział nawet, że to przewodnik po burdelach. No co za typ. Siły umysłowe z wiekiem maleją u wszystkich jednak. Ale nic to. Reasumując:

1. Typ Domosławski miał prawo napisać o wszystkim o czym napisał w tej książce o typie Kapuścińskim. Problem polega na tym, że nie poczekał na jej wydanie do śmierci pani Alicji, co biorąc pod uwagę jej wiek nie byłoby czekaniem w nieskończoność, chociaż kto wie? Dużo zdrowia. Oczywistym, że Kapusta po przeczytaniu książki nigdy więcej autorowi ręki by nie podał.

2. Szkodliwość współpracy z wywiadem jest zerowa. Jest przytoczony jeden donos, ale na Polkę, która mieszkała i tak na stałe poza krajem i podobno sama chciała, żeby jej krytyczne zdanie o komunie było w papierach. Jeśli tak to spoko, chociaż mogło to zaszkodzić jej rodzinie w Polsce. O ile taką miała. Może nie miała. Ja bym też podpisał współpracę z wywiadem w takiej sytuacji.

3. Że konfabulował. Że ubarwiał. Że kłamał. Od dawna się o tym mówiło po cichu. Było się dopytywać, jak jeszcze żył. Ale dyskusja czy piesek lulu-srulu oszczywał buty gości Haile Selassie czy nie, jest najsłabszym momentem książki. Zbytecznym. Poniżej poziomu. Do dupy.

4. Rzeczona biografia, to w istocie opowieść o Polsce, latach 60-tych, 70-tych, 8o-tych. PRL jest pierwszoplanową postacią.

5. Kapuściński był wielkim PISARZEM.

Adamo! Adamo!

Posted in 1 tagi , , , on 2010/02/22 by lukigol kontramundo

Można tylko podziękować losowi za to, że żyjemy w epoce najlepszego polskiego sportowca w historii. Oglądalność w Vancouver na poziomie 8,5 mln widzów, czyli o jakieś 3 mln więcej niż Kowalczyk i 5 mln więcej niż Sikora. Dobry przyczynek do socjologicznej analizy dlaczego nie było zjawiska korzeniomanii, otyliomanii, ani dlaczego nigdy nie będzie kubicomanii.

Może dlatego, że Korzeniowski jest wyuczony i zna języki, Kubica mało sympatyczny, Otylka tańczy, śpiewa i recytuje w programach rozrywkowych, a Kowalczyk mówi w wywiadach w czym jest najlepsza. A może dlatego, że wszyscy oni startują w takich a nie innych dyscyplinach. A skoki to romantyzm, lot i wolność. A gdyby Adam osiągał takie same wyniki, dajmy na to, w skeletonie? Albo nawet w biegach, biathlonie albo skoku w dal. Czy wtedy też oglądało by go 14 mln Polaków, tak jak w 2002 roku na olimpiadzie w USA? Tak czy siak, dzięki niemu narodowym sportem w kraju stała się dyscyplina nie istniejąca na poziomie amatorsko-rekreacyjnym i uprawiana przez mniej niż 1% 38 mln populacji. Jako kibic współczuję wszystkim przyszłym pokoleniom, bo drugiego Małysza mieć nie bedą. A ja żyję w jego czasach. Wszystko.

Hiena roku dla Leszcza i małżeństwa Sekiel-Moro

Posted in 1 tagi , on 2010/02/16 by lukigol kontramundo

Cześć wiara. Jest początek roku, czas podsumowań minionego itp. Dziś wręczę moją osobistą nagrodę dla dziennikarskiej hieny AD 2009. Oficjalnie dostał ją red. Cieśla za to, że nakłamał w artykule. Gość z Dziennika, co niejako go usprawiedliwia. Ale nie o nim. Ja nadaję ten tytuł Leszczyńskiemu Robertowi i parze gejów z Teraz MY. Temu pierwszemu za chamstwo i tabloidowe ataki na AJZIS DZi, które ukształtowały moje zdanie o nim gdzieś w przedziale zeszmaconego chama  a psychopatycznego frustrata. FLIMONIE Z RYBĄ W NAZWISKU – TY MASZ PISAĆ O MUZYCE I GÓWNO CIĘ INTERESUJE, KTO JAKĄ MIAŁ OPERACJĘ!

Drugie, zaszczytne miejsce zdobywają dwie panie: Morozowski i Sekielski. Za pogoń za tanią, nadmuchaną i nudną sensacją na poziomie Fucktu, SE i Wirtualnej Polski, a także za homoseksualne mizdrzenie się na antenie. To, że ten prymitywny, cyrkowy program, o ile mnie pamięć nie zmyla, dostawał jakieś nagrody jest kompletnym nieporozumieniem, świadczącym też o tym, kto to ogląda.  Na szczęście w tym przypadku są dobre wieści: panie mają zostać zdjęte.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.